Sieć nie łączy ludzi




To niesamowite, jak internet udaje, że łączy ludzi. Bo on tego nie robi. On ich sobie pokazuje, przedstawia i odnajduje. Ale to jednak ludzie są po drugiej stronie ekranu, nie Internet.
Nie wiem, czy rozumiecie o co mi chodzi. Tutaj mówię o bardzo konkretnym przykładzie. Mianowicie o człowieku, który grasuje w Internecie na przyjaciół. Na osobę do pogadania, do wyżalenia się, do pośmiania się. Myślałam, że tam znajdę ideał człowieczka, no bo jest ich tam tyle! Byłam osobą, która szukała idealnego internetowego przyjaciela. Innymi słowy, głupią jedenastolatką :)

Opowiem wam sytuację,w której się znalazłam, dzięki temu genialnemu nastawieniu.

 Ekhem, pewnego pięknego internetowego poranka (chociaż było to grubo po obiedzie) natknęłam się na odłam grupy Demigods Polska na facebooku. Wiem, szok chyba każdy tam kiedyś zawitał. (Jest to grupa fanów serii "Percy Jackson oraz bogowie Olimpijscy" i "Olimpijscy herosi")

Tak z innej beczki, Demigods to było coś! Ciągłe dramy i pięćdziesiąt takich samych postów (Z jakich domków jesteście???), ale to właśnie był raj dla mnie!

Więc wracając, był to odłam D.P. Podzieliliśmy się na grupy i zaczęliśmy ze sobą pisać. Były cztery osoby, które najczęściej ze sobą rozmawiały (włączając mnie). Trzy dziewczyny i jeden chłopaczek. Nazwijmy ich Dinda, Pinda i Dodo (i mua). Streszczę dla was ich pozycję i charakter. Dinda, była początkującą artystką, dziesięciolatką, lubiąca rysować anime. Dodo pochodził od tego samego przybranego ojca co ja, zachowywał się trochę niezręcznie, ale bardzo go lubiłam, chyba miał jedenaście lat, nie jestem pewna. Pinda... ach, nie wybrałam tego imienia przypadkowo! Podawała, że ma czternaście lat, chociaż trudno jej wierzyć. Była wredna, sarkastyczna i cały czas naskakiwała na nas, jeżeli coś jej nie pasowało. Czerwona flaga, powiewała na wietrze, jak bandera okrętu pirackiego, ale udawałam ślepą i płynęłam dalej.

Na początku pisaliśmy non-stop. Po szkole, siadałam za biurkiem, odpalałam laptopa i zaczynałam z nimi pisać. Traktowałam ich, jak dobrych znajomych, mieliśmy podobne poczucie humoru i rytm pisania, dlatego nikt nie odstawał od grupy. Nie dzieliłam się z nimi, moim życiem (dzięki Bogu!), ale spędzałam na tej konfie tyle czasu, że mnie połykała.
To znaczy nie byłam, aż tak mocno uzależniona. Nie sikałam do butelki, myłam się regularnie itd.
Były przejawy agresji słownej od Pindy. Nie mów tego, nie pisz tego, przestań to robić... Nikt się tym nie przejmował szczególnie dlatego, że dawała nam do zrozumienia, że w prawdziwym życiu, nie ma znajomych.
 Pisaliśmy, około rok. Tempo dawno mi zelżało i nie byłam już tak obsesyjnie nastawiona. Poświęcałam grupie mniej czasu. I moved on. Nie miałam potrzeby, ciągłego pisania z nieznajomymi. Kiedy po jakimś czasie wracałam, Dinda i Dodo witali mnie bardzo optymistycznie, za to Pinda powiewała chłodnym dystansem.
Czerwona flaga, była widoczna wyraźnie. Widziałam, jak nieprzychylnie rzuca na mnie cień.

Przestałam pisać. Kompletnie. Przez dwa lata.
Na wspomnienia tamtej grupy, robiło mi się przyjemnie. To był miły, ciepły wiaterek.
Więc postanowiłam. W pierwszej klasie gimnazjum, zazwyczaj, czujesz się nie na miejscu. Wysiudany, z wygodnej podstawówki. Chciałam spróbować swoich sił w Internecie, a najlepiej zacząć ze starej miejscówki.
Nie rób tego! Rozczarujesz się!
Ku mojemu zdziwieniu, grupa żyła przez trzy lata! Poprzeglądałam ostanie wiadomości.

Pamiętacie stare czasy?
Tia, a pamiętacie, jak ona miała na imię.... A! kozzosie?
Eeee... nie?
No na profce, miała swoje zdjęcia i nosiła grzywkę.
Taaa, coś sobie przypominam.
Dodo się w niej podkochiwał chyba.
Nooo.
Moja reakcja, jak to przeczytałam była jedna. Szok, no i odrazu pomyślałam, czy to nie przypadkiem kazirodztwo, bo twierdziliśmy, że pochodzimy od tego samego boga. (jak ktoś nie zna tej grupy musi to brzmieć dziwnie, ale to było kompletnie normalne!)

(...) przychodzi Dodo, na razie rozmawiały ze sobą Dinda i Pinda
Co?!11?
Nie udawaj
(...)

Napisałam krótkie hej i czekałam na odpowiedź.Dostałam ją absurdalnie szybko. Nie zostałam powitana równie entuzjastycznie, jak kiedyś, ale było miło, przez jakiś czas.
Nagle, Pinda zaczęła pisać. "O prosze, myślałam że nas zostawiłaś" itp. Dużo nie potrzebnych komentarzy. Trochę mnie to podburzyło. Poprosiłam ją, żeby się ogarnęła, że tak powiem. Niestety nie przyniosło to skutków. Jedynie dłuuuugą wiadomość, jak to ich wystawiłam na wiatr.
Serio?
To była grupa na facebooku, a nie ośmioletni związek.
Napisałam, że przepraszam (kłóciłabym się z prawdomównością), ale miałam inne sprawy, czyli na przykład: życie szkolne. Niestety spotkałam się z reakcją "Mam gdzieś, co robiłaś, wystawiłaś nas".
Chryste Panie, nie mogę się zrehabilitować? Czy to sąd? Jeżeli tak, to  tak to mogę stwierdzić, że mój wniosek o powrót został oddalony. Rozumiem, że mogła być na mnie chwilowo zła, bo wyskakuje tu, jak Filip z konopi, ale bez przesady.
Powiedziałam im papa i odeszłam w zapomnienie.
Może traktowałam ich zbyt poważnie, chociaż nie wydaje mi się. Szkoda, że zamiast słodkiego wspomnienia, w ustach został mi smak wyrobu czekoladopodobnego.


Tą rozwlekłą i trochę niejasną historyjką, kończę dzisiejszy post, drugi na blogu :)))))))

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Złote krążki

Enhorabuena (tymczasowe ulubione hiszpańskie słowo)

Jestem diplodokiem 2