Szkoła jest fajna?
Będzie personalnie, więc zapnijcie pasy lub wyklikujcie stąd (choć bardzo szanuje, jeśli zostaniecie).
Wydaje mi się, że jestem zniewagą dla rodu dzieci, ale muszę to powiedzieć. Ostatnie wakacje były do dupy.
Trochę z przesadyzmem, ale cóż. Zdarzyło się parę super fajnych spraw. Pojechałam do Hiszpanii, na obóz, z mamą na trzy dni do Wrocławia… To były najlepsze chwile, których nie zapomnę, ale pomiędzy wyjazdami było naprawdę dupowato.
Będąc osobą w 65% ekstrawertyczną
potrzebuję ludzi, do funkcjonowania (zresztą jak osoby
introwertyczne, u know what I mean). W wakacje, byłam po prostu
cholernie samotna. Leżałam sobie na dywanie, patrząc na zegar,
oglądając, jak wskazówki mozolnie posuwają się do przodu i
czekając na początek szkoły. Najlepsze w tym jest to, że mam
przyjaciół, z którymi się zresztą spotykałam prawie codziennie,
ale to mi w jakiś sposób nie wystarczało. Mam nadzieję, że nie
brzmi to, jakbym nie doceniała czasu, który mi poświęcili. Bo
święce go nad świętości i bardzo się ciesze, że go ze mną
spędzili. Jednak ja go potrzebowałam więcej. Potrzebowałam
reakcji międzyludzkich, face to face, w cztery oczy. Szczerze
mówiąc, wydaje mi się, że do tego nie przygotowała mnie szkoła
(oraz do płacenia podatków, lol). Przez tyle lat chodziłam do niej
dzień w dzień, w podstawówce po siedem godzin dziennie, w
gimnazjum po osiem. Odzwyczaiłam się od bycia samą, kiedy przez
dziesięć miesięcy codziennie spotykam te same twarze przez osiem
godzin i nagle przez dwa miesiące szpadam do dżury i pamparampam,
nie ma tam nikogo. Obiektywnie na to patrząc, nie wydaje się to tak
długim okresem czasu. Czym są dwa miesiące, w porównaniu do
dziesięciu? (jedną piątą) Pryszczem. Ale powiem wam, płynęły
dla mnie tak wolno, jak ospała lokomotywa z wiersza Brzechwy.
Zresztą dlatego nie mogłabym pracować za biurkiem, albo w domu.
Pewnie wpadłabym w deprechę, nie nosiła majtek pod pidżamą i
piłabym kawę, żeby nie usnąć z nudów. Dzięki szkole (dla wielu
jest zupełnie odwrotnie) jestem w lepszym, że tak powiem, stanie
mentalnym.
Dlatego pomimo moich narzekań i
niezadowoleń, które pewnie wygłaszam codziennie na temat szkoły,
naprawdę lubię do niej chodzić. Chociaż nie lubią tego moje
plecy oraz kolana. Ostatnio myślałam nad nową inicjatywą, czyli
lekcje w biegu. To by było cudowne. Albo lekcje w terenie! Marzenia…
Jeśli macie ten sam problem, podczas wakacji, a może podczas szkoły, radzę wam rozwijać jakieś hobby. Może to jest moja niezdolność do robienia niczego, ale tego nie mogę znieść najbardziej – bezczynności. Dlatego łapcie za obiektyw, ołówek albo maszynę do szycia. Może wolicie tworzyć roboty, albo zająć się czymś odjechanym, w ten sposób. Wolna wola. Ja ostatnio próbuję się nauczyć fotografii. Mój tatko, wyciągnął starą zakurzoną książkę z lat 60, o aparatach na kliszę i chociaż to dosyć potężne tomisko, a ja nie zamierzam uczyć się o aparatach na kliszę, to jest tam coś o jedności i prostocie motywów oraz o kompozycjach i tak dalej. Więc łażę z aparatem i cykam foty na spacerkach. Bardzo fajne zajęcie, polecam bardzo.
I to by było na tyle. Zawsze piszę takie posty w przypływie emocji, więc nie są to rzeczy przemyślane oraz w dużym stopniu zrozumiałe, ale od długiego czasu chciałam zrzucić z tonu, na tym blogu. Nadać mu trochę prostoty i mniej go głaskać po łepetynie, jak jakieś dzieło. Bo nie ma po co się z tym tak pieścić. Dlatego kończę. Do zobaczenia!


Tak, po pewnym czasie wakacje zaczynają się nudzić, ale ja tam nawet lubię czasem posiedzieć sama i nic nie robić (spać xD). Mnie bardzo męczą wyjazdy, a właściwie pakowania i rozpakowywania (i zmienianie stylu życia), dlatego mnie by to nawet nie przeszkadzało siedzenie w domu, chyba bliżej mi do introwertyczki. :P
OdpowiedzUsuńBardzo ładnie prezentuje się ta grafika na dole!
Dziękuje! każdy ma oczywiście swoje preferencje :) A spać to też lubię ;)
Usuń